Krytyk Amator

Ten użytkownik nie wpisał jeszcze żadnych informacji o sobie.


Wpisy Krytyk Amator

„Nevermore. Kruk” – trochę horroru, trochę romansu…

Tytuł: Nevermore. Kruk

Autor: Kelly Creagh

Rodzaj: fantasy/młodzieżowa

Język: polski

Liczba stron: 454

Wydawnictwo: Jaguar

Ostatnio przeczytałam „Nevermore. Cienie”, teraz mogę już zaliczyć tę książkę do moich ulubionych. Zanim jednak podzielę się z Wami przemyśleniami na jej temat, powinnam opublikować recenzję pierwszej części cyklu – „Nevermore. Kruk”.

„Nevermore. Kruk” to piękna historia o dwójce nastolatków, którzy pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego. Isobel, czirliderkę, i Varena, tajemniczego, zamkniętego w sobie gota połączył przypadek – nauczyciel kazał im wspólnie przygotować projekt na lekcję angielskiego. Początkowo obydwoje są z tego bardzo niezadowoleni i chcą po prostu „odbębnić” pracę domową, z czasem jednak Isobel zaczyna darzyć Varena coraz silniejszymi uczuciami. Z wzajemnością.

Gdy Isobel zdaje sobie sprawę z tego, że jej ukochanemu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo, postanawia go uratować. Rozpoczyna się dramatyczna walka z czasem. Nie dość, że czirliderka nie ma wsparcia ze strony rodziny i przyjaciół, to jeszcze coraz trudniej odróżnić jej sen od rzeczywistości…

Książka „wciąga” już od pierwszych stron, naprawdę trudno się od niej oderwać. Kelly Creagh ma niesamowity styl pisania, czytając jej powieść, niemal pochłaniałam treść każdej strony – autorka potrafi zainteresować i budować napięcie. Autorka przybliża również postać Edgara Allana Poego (dziewiętnastowiecznego pisarza, którego twórczością inspiruje się Creagh).

Historia opowiedziana w „Nevermore. Kruk” jest pełna tajemnic, emocji, niespodziewanych zwrotów akcji i… miłości. Przyznaję jednak, że nie jest to miłość, łatwa, usłana różami – wręcz przeciwnie.

Książka kończy się w taki sposób, że trzeba koniecznie sięgnąć po następną część cyklu, aby nie zwariować z niepokoju o losy bohaterów. „Nevermore. Kruk” to jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek czytałam. Łączy w sobie elementy literatury fantasy, horroru, romansu. Polecam.

 

Moja ocena: 10/10

Fascynująca historia czy kompletna porażka? Ocena serii „Jutro”

Tytuł cyklu: Jutro

Autor: John Mardsen

Rodzaj: młodzieżowa/przygodowa/sensacyjna

Język: polski

Liczba stron: ok. 1950 (w sumie)

Wydawnictwo: Znak

 

Początkowo „Jutro” wydaje się być naprawdę wciągającą i pasjonującą powieścią o losach przyjaciół, którzy w czasie pokoju wybrali się na biwak w góry, a po powrocie do domu odkryli, że w ich kraju (akcja rozgrywa się w Australii) trwa wojna. Biorąc do ręki pierwszy tom serii, nie miałam pojęcia, o czym opowiada książka – opis na okładce z tyłu w zasadzie niczego nie mówił o fabule powieści. I dobrze, czytelnik sam powinien zagłębiać się w akcję, wszelkie „przecieki” są niewskazane.

Pierwsze dwa tomy czytało mi się naprawdę świetnie. Może to dlatego, że dopiero zapoznawałam się z postaciami i fabułą, niepodobną do akcji żadnej innej powieści. John Mardsen miał wspaniały pomysł na napisanie książki, motyw wojny jest raczej rzadko wykorzystywany we współczesnych powieściach dla młodzieży. Nastoletni bohaterowie urządzili sobie kwaterę w górach, od czasu do czasu przypuszczali ataki na wroga. Nawet jeśli dochodziło między nimi do sporów, to ostatecznie w obliczu zagrożenia gotowi byli zaryzykować swoje życie, byle tylko uratować swoich przyjaciół. Niby to takie banalne, ale mi się podobało.

Trzecia część cyklu też była okej, choć dostrzegam w niej już znacznie więcej minusów niż plusów Bohaterowie, nieprzeszkolone dzieciaki, w starciach z zawodowymi żołnierzami prawie zawsze wychodzili cało z opresji. Wydaje się to naiwne i nieprawdopodobne, a przez to także irytujące. Aby jakoś „udobruchać” fanów cyklu, autor książki musiał więc w końcu w jakiś spektakularny sposób uśmiercić jedną z postaci. Resztę bohaterów, a jakże, uratował od niechybnej śmierci i zostali oni ewakuowani do Nowej Zelandii. Tak na osłodę łez – przecież Ellie, Homer i wszyscy ich przyjaciele nie mogą zginąć w trzecim tomie siedmioczęściowego cyklu…

Z każdym kolejnym tomie było moim zdaniem jeszcze gorzej. Nie chodzi mi o styl pisania czy narracji, ale przede wszystkim o nieprawdopodobne zwroty akcji, niedotrzymanie realiów. Za każdym razem (a sporo było takich sytuacji), kiedy myślałam, że naszych młodych partyzantów zaraz rozstrzelają albo złapią, jakaś niewidzialna siła ratowała ich z najgorszej opresji.  Co by się nie działo po drodze, wiadomo było – oni muszą przeżyć. Panie Mardsen, wiem, że przywiązał się pan do swoich bohaterów, ale może lepiej dla fabuły byłoby, gdyby w odpowiednim momencie pozwolił im Pan odejść…

W szóstej części główni bohaterowie postanowili zorganizować w górach szkołę dla kilkorga dzieci (nie zdradzę, w jaki sposób losy tych dzieciaków złączyły się z losami naszych partyzantów). Czytając ten tom, można było chwilami dojść do wniosku, że książka tak naprawdę nie opowiada o wojnie, tylko o nieco wydłużonym biwaku w górach. Ellie, Homer, Fi i inni podzielili się przedmiotami, których mieli nauczać (wśród nich znalazła się nawet muzyka i plastyka – baaardzo potrzebne podczas wojny, naprawdę). Poza tym, zachodzę w głowę, skąd oni wzięli te wszystkie kartki, długopisy, „pomoce naukowe”. W książce podano następujące wytłumaczenie: Ellie zabrała je ze sobą, jeszcze w czasie pokoju, na biwak. Jaaaaasne – jak jedziesz pod namiot w góry, to bierzesz ze sobą tony kartek i pisaków. Akurat tyle, żeby ci starczyło na rok (bo mniej więcej tyle czasu minęło od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie cyklu do tych z części szóstej).

Nie dość, że nasi partyzanci postanowili się pobawić w nauczycieli, to jeszcze mieli pomysł, żeby zorganizować Boże Narodzenie w górach (to wydarzenie również miało miejsce w szóstej części). Żeby zdobyć jakieś jedzenie na świąteczny obiad, włamali się do domu wroga, gdzie zostali schwytani i uwięzieni. Żadnym zaskoczeniem nie jest chyba fakt, że i tym razem bohaterom udało się uciec i uratować skórę. Okej, mogli się jakimś cudownym sposobem wyswobodzić z tarapatów raz, drugi, trzeci – ale ciągle?!

Mardsen wykreował bohaterów „Jutro” na niezwykle inteligentnych i zaradnych ludzi, przez co ta historia jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Zastanówcie się – czy przeciętny nastolatek wie, skąd wytrzasnąć saletrę potasową, w jaki sposób cukier wsypany do oleju napędowego wpłynie na silnik samolotu, jak skonstruować bombę? Nie? A bohaterowie „Jutro” to wszystko potrafią! Nieprawdopodobne (zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że żaden z nich nie był prymusem w szkole).

Wydanie sprawiedliwej oceny na temat całego cyklu jest dla mnie sprawą dość problematyczną, bo mam różne odczucia dotyczące poszczególnych jego części. Dwa pierwsze tomy („Jutro, kiedy zaczęła się wojna” oraz „Jutro 2. W pułapce nocy”) są świetne, być może dlatego, że dotykają nowego tematu, z którym rzadko (przynajmniej ja) spotykam się w literaturze. Najsłabsza jest moim zdaniem część szósta („Jutro 6. Cienie”) – absurd goni tam absurd. Pozostałe tomy wsadziłabym na półkę gdzieś pomiędzy książki z etykietką „nawet, nawet” a „całkiem fajne”.

 

Moja ocena: 5/10

„Gra o tron” – recenzja

Tytuł książki: Gra o tron

Autor książki: George R.R. Martin

Rodzaj: fantasy

Język: polski

Stron: 838

Wydawnictwo: Zysk i S-ka

 

 

 

„Grę o tron” George R.R.Martin napisał już dobrych kilkanaście lat temu, historia opisana w książce zdobyła jednak popularność dopiero w 2011 roku, kiedy to stacja HBO postanowiła nakręcić serial na podstawie powieści. Telewizja robi swoje, cykl „Pieśń lodu i ognia” (którego pierwszą częścią jest właśnie „Gra o tron”) zdobył miliony fanów na całym świecie. A ja… Postanowiłam napisać recenzję pierwszego tomu tego cyklu.

Spotkałam się z kilkoma opiniami, że świat wykreowany przez Martina jest nazbyt podobny do Śródziemia z powieści Tolkiena. Dla mnie to kompletna bzdura, już tłumaczę, dlaczego. Tolkien jest prekursorem współczesnej literatury fantasy, wymyślił on realia podobne do tych europejskich, tyle że sprzed setek, tysięcy lat. Akcja powieści George’a R.R. Martina toczy się w Westeros, krainie posiadającej pewne cechy średniowiecznej Europy. I tyle. Skoro facet pisał książkę z gatunku fantasy, to wiadomo, że musiał trzymać się pewnych reguł, w większości powieści tego typu bohaterowie jeżdżą na koniach, mają miecze, zbroje i tym podobne „gadżety”.

Oprócz tego, w świecie stworzonym przez Tolkiena mieszkają elfy, hobbici, krasnoludy i czarodzieje. Postaci ze Śródziemia, nawet jeśli mają słabości i nie są do końca dobre, albo też do cna złe, można z łatwością podzielić na „czarne” i „białe” charaktery. W „Grze o tron” występuje mniej bohaterów z jakimiś nadprzyrodzonymi, magicznymi zdolnościami, poza tym, co bardzo rzuca się w oczy, postaci mają skomplikowane, złożone osobowości. Nawet jeśli początkowo któraś z występujących w powieści osób nie wzbudzi naszej sympatii, nie powinniśmy jej od razu skreślać. Z czasem, gdy będziemy poznawać dalszą część historii, może się okazać, że nielubiany przez nas bohater jednak nie jest takim draniem i zrobi coś szlachetnego. W „Grze o tron” trudno podzielić bohaterów na „dobrych” i „złych”, żeby właściwie ocenić ich postępowanie trzeba się dobrze zastanowić. W tym miejscu muszę pogratulować autorowi, z pewnością niełatwo było stworzyć tak komplikowane, złożone charaktery bohaterów. Martin musi być nie tylko wspaniałym pisarzem, ale także niezłym psychologiem.

Ciekawym zabiegiem zastosowanym w powieści jest ukazywanie wydarzeń z punktu widzenia różnych bohaterów. W jednym rozdziale patrzymy na wszystko oczami Tyriona Lannistera, przebiegłego karła, w następnym wcielamy się w rolę Neda Starka, potem narratorem nagle zostaje Jon Snow. Martin w roli takich głównych sprawozdawców obsadził chyba z 8 postaci. Mimo że oglądanie Westeros (krainy, w której rozgrywa się akcja książki) z perspektywy różnych postaci jest interesujące, to uważam, że autor trochę przesadził z tworzeniem tych „narratorów”. Chwilami ma się wrażenie, że czyta się kilka różnych powieści. Pomiędzy dwoma rozdziałami opisywanymi przez tego samego bohatera mamy niekiedy (uwaga!)… 122 strony przerwy. Można zapomnieć, co działo się w życiu tej postaci.

Skomplikowana fabuła, mocno zarysowane postaci, spiski i intrygi, niesamowite zwroty akcji… Jasne, to bardzo ważne, ale żeby stworzyć naprawdę wielkie dzieło, nie można zapomnieć nawet o najdrobniejszych detalach, takich jak opisy ulic, miast, zwyczajów, broni, krajobrazów. George R.R. Martin pamiętał o wszystkich tych elementach, stworzył świat dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Jednocześnie z niczym nie przesadził – opisał wszystko dokładnie, ale nie używając zbędnych słów, tak, by nie zanudzić czytelnika. I za to należą mu się wielkie brawa. Bo przecież, gdyby zapomniał o detalach, o całym tle akcji, książka wiele straciłaby na wartości. To tak jakby w drogiej, prestiżowej restauracji ktoś podał nam wykwintne danie na papierowym talerzyku i przyniósł nam jednorazowy widelec. Prawda, że niefajnie?

Podsumowując – bardzo ciekawa książka, miłośnik fantasy na pewno nie będzie rozczarowany. Wartka akcja, spiski, intrygi, romanse, miłość i poświęcenie… Nic dziwnego, że zrobili o tym serial.

 

Moja ocena: 9/10

Recenzja filmu „Hobbit: niezwykła podróż”

Tytuł: „Hobbit: niezwykła podróż”

Reżyseria: Peter Jackson

Gatunek: przygodowy/fantasy

Występują: Ian McKenell (Gandalf), Martin Freeman (Bilbo), Richard Armitage (Thorin) i wieeelu innych
Czas trwania: 2h 49 min.

Od samego początku nie oczekiwałam po tym filmie zbyt wiele, nastawiłam się na nudne 3 godziny w kinie. „Władca pierścieni” był kręcony, jak jeszcze chodziłam do przedszkola, kiedy więc po raz pierwszy zobaczyłam „Drużynę Pierścienia”, film ten wydał mi się baaaardzo nudny. Potem obejrzałam całą trylogię jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem zmieniając zdanie na temat produkcji, pierwsze wrażenie chyba jednak pozostało i chyba nigdy nie zaliczę „Władcy pierścienia” w poczet moich ulubionych filmów.

Podejrzewałam, że „Hobbit: niezwykła podróż” niezbyt przypadnie mi do gustu, jednak pomyliłam się. Jak to mówią – nie oceniaj po pozorach (czy jakoś podobnie).

Czytałam „Hobbita”, bardzo mi się podobał, książka nie ma nawet 300 stron, więc przed seansem zachodziłam w głowę, jak reżyser chce zrobić na jej podstawie aż 3 części filmu. Teraz już wiem, że to wykonalne. Moim zdaniem Jackson za bardzo przeciągnął wstęp, minęło chyba z pół godziny (jeśli nie więcej), zanim na ekranie zaczęło się coś dziać. Oprócz tego, że pierwsze sceny filmu są zbyt długie, sprawiają wrażenie także najnudniejszych i najbardziej infantylnych (szczególnie dialogi pomiędzy bohaterami). Rozumiem, że „Hobbit” jest przeznaczony dla nieco młodszej grupy odbiorców niż „Władca pierścieni”, Jackson chciał zrobić film przygodowy dla całej rodziny, ale… No cóż, nastoletniego widza mogą irytować nieco naiwne wypowiedzi niektórych bohaterów.

Oprócz tego, że nie podobał mi się infantylny język bohaterów, mam scenarzyście do zarzucenia jeszcze jedną rzecz. Może i facet chciał wprowadzić trochę humoru do dialogów, ale wyszło mu raczej mizernie. Słysząc niektóre teksty, uśmiechałam się pod nosem, może nawet zdarzyło mi się parsknąć, przeważały jednak wypowiedzi słabe, w których ja nie widziałam niczego śmiesznego. Nie chcę zupełnie pogrążać autora dialogów – była jednak naprawdę fajna wymiana zdań pomiędzy bohaterami. Przychodzi mi na myśl scena, w której wkurzony Gandalf nagle odłącza się od reszty grupy i ktoś pyta go: „Dokąd idziesz?”. Czarodziej na to: „Poszukać towarzystwa jedynej osoby, która ma choć trochę rozumu w głowie”. Hobbit, nie bardzo rozumiejąc, drąży: „Czyli kogo?”. Wściekły Gandalf odpowiada mu: „Samego siebie!”. To się nazywa cięta riposta.

Aby wydłużyć czas trwania filmu, Jackson dorzucił kilka wątków, których nie znajdziemy w książce. Niektórzy mogą mieć o to do reżysera pretensje, ja jednak nie zaliczam się do tej grupy osób. To, że produkcja filmowa nie oddaje dokładnie tego, co w powieści Tolkiena, jest pewnym urozmaiceniem dla tych, którzy czytali „Hobbita”. Chociaż wiedzą oni, jak zakończy się ta historia, niekoniecznie będą się nudzić w kinie, jeśli Jackson dodał dodatkowe postaci, wątki… Stanowi to powien element zaskoczenia.

Mocną stronę filmu stanowi niewątpliwie sceneria. Piękne nowozelandzkie krajobrazy, szczególnie góry, naprawdę zapierają dech w piersiach. Tym, którym podobały się widoki przedstawione we „Władcy Pierścieni”, na pewno przypadną do gustu również te z „Hobbita” – technika przez 10 lat poszła do przodu i piękno nowozelandzkiej przyrody możemy oglądać na świetnej jakości obrazie (super kolory). Mnie najbardziej zachwyciła dolina Rivendell, gdzie mieszkają elfy – te wodospady, budowle jak z bajki… Ogólnie – wielką zaletą tego filmu jest strona audiowizualna (oprócz scenerii należy zwrócić uwagę też na wspaniałą muzykę).

Co do efektów specjalnych mam zastrzeżenia. Bo moim zdaniem w tych „efektach specjalnych” tak naprawdę nie było nic specjalnego. Owszem, pokazano realistyczne sceny walki, zrobione komputerowo postacie (jak Gollum, gobliny czy orkowie) również wyglądały jak „prawdziwe”, a mimo to… Mam wrażenie, że zabrakło jakichś bardziej spektakularnych efektów. Byłam w kinie na wersji 3D i sądzę, że gdybym obejrzała „Hobbita” w wersji 2D, to wrażenia miałabym dokładnie takie same. Zabrakło tutaj „wylatujących” z ekranu strzał, płonących kul, tego typu rzeczy.

Ogólnie rzecz biorąc – film fajny, chociaż mógłby być krótszy. Myślę, że gdyby skrócono niektóre sceny, wszystko byłoby bardziej dynamiczne i widz nie miałby czasu, żeby się nudzić. Ale, jak wiadomo, im dłuższy film, tym więcej kasy się na nim zarobi. Jackson deklaruje, że nie nakręcił „Hobbita” po to, by zarobić górę pieniędzy, ale czy ktoś mu wierzy?

 

Moja ocena: 6/10