Tytuł cyklu: Jutro

Autor: John Mardsen

Rodzaj: młodzieżowa/przygodowa/sensacyjna

Język: polski

Liczba stron: ok. 1950 (w sumie)

Wydawnictwo: Znak

 

Początkowo „Jutro” wydaje się być naprawdę wciągającą i pasjonującą powieścią o losach przyjaciół, którzy w czasie pokoju wybrali się na biwak w góry, a po powrocie do domu odkryli, że w ich kraju (akcja rozgrywa się w Australii) trwa wojna. Biorąc do ręki pierwszy tom serii, nie miałam pojęcia, o czym opowiada książka – opis na okładce z tyłu w zasadzie niczego nie mówił o fabule powieści. I dobrze, czytelnik sam powinien zagłębiać się w akcję, wszelkie „przecieki” są niewskazane.

Pierwsze dwa tomy czytało mi się naprawdę świetnie. Może to dlatego, że dopiero zapoznawałam się z postaciami i fabułą, niepodobną do akcji żadnej innej powieści. John Mardsen miał wspaniały pomysł na napisanie książki, motyw wojny jest raczej rzadko wykorzystywany we współczesnych powieściach dla młodzieży. Nastoletni bohaterowie urządzili sobie kwaterę w górach, od czasu do czasu przypuszczali ataki na wroga. Nawet jeśli dochodziło między nimi do sporów, to ostatecznie w obliczu zagrożenia gotowi byli zaryzykować swoje życie, byle tylko uratować swoich przyjaciół. Niby to takie banalne, ale mi się podobało.

Trzecia część cyklu też była okej, choć dostrzegam w niej już znacznie więcej minusów niż plusów Bohaterowie, nieprzeszkolone dzieciaki, w starciach z zawodowymi żołnierzami prawie zawsze wychodzili cało z opresji. Wydaje się to naiwne i nieprawdopodobne, a przez to także irytujące. Aby jakoś „udobruchać” fanów cyklu, autor książki musiał więc w końcu w jakiś spektakularny sposób uśmiercić jedną z postaci. Resztę bohaterów, a jakże, uratował od niechybnej śmierci i zostali oni ewakuowani do Nowej Zelandii. Tak na osłodę łez – przecież Ellie, Homer i wszyscy ich przyjaciele nie mogą zginąć w trzecim tomie siedmioczęściowego cyklu…

Z każdym kolejnym tomie było moim zdaniem jeszcze gorzej. Nie chodzi mi o styl pisania czy narracji, ale przede wszystkim o nieprawdopodobne zwroty akcji, niedotrzymanie realiów. Za każdym razem (a sporo było takich sytuacji), kiedy myślałam, że naszych młodych partyzantów zaraz rozstrzelają albo złapią, jakaś niewidzialna siła ratowała ich z najgorszej opresji.  Co by się nie działo po drodze, wiadomo było – oni muszą przeżyć. Panie Mardsen, wiem, że przywiązał się pan do swoich bohaterów, ale może lepiej dla fabuły byłoby, gdyby w odpowiednim momencie pozwolił im Pan odejść…

W szóstej części główni bohaterowie postanowili zorganizować w górach szkołę dla kilkorga dzieci (nie zdradzę, w jaki sposób losy tych dzieciaków złączyły się z losami naszych partyzantów). Czytając ten tom, można było chwilami dojść do wniosku, że książka tak naprawdę nie opowiada o wojnie, tylko o nieco wydłużonym biwaku w górach. Ellie, Homer, Fi i inni podzielili się przedmiotami, których mieli nauczać (wśród nich znalazła się nawet muzyka i plastyka – baaardzo potrzebne podczas wojny, naprawdę). Poza tym, zachodzę w głowę, skąd oni wzięli te wszystkie kartki, długopisy, „pomoce naukowe”. W książce podano następujące wytłumaczenie: Ellie zabrała je ze sobą, jeszcze w czasie pokoju, na biwak. Jaaaaasne – jak jedziesz pod namiot w góry, to bierzesz ze sobą tony kartek i pisaków. Akurat tyle, żeby ci starczyło na rok (bo mniej więcej tyle czasu minęło od wydarzeń opisanych w pierwszym tomie cyklu do tych z części szóstej).

Nie dość, że nasi partyzanci postanowili się pobawić w nauczycieli, to jeszcze mieli pomysł, żeby zorganizować Boże Narodzenie w górach (to wydarzenie również miało miejsce w szóstej części). Żeby zdobyć jakieś jedzenie na świąteczny obiad, włamali się do domu wroga, gdzie zostali schwytani i uwięzieni. Żadnym zaskoczeniem nie jest chyba fakt, że i tym razem bohaterom udało się uciec i uratować skórę. Okej, mogli się jakimś cudownym sposobem wyswobodzić z tarapatów raz, drugi, trzeci – ale ciągle?!

Mardsen wykreował bohaterów „Jutro” na niezwykle inteligentnych i zaradnych ludzi, przez co ta historia jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Zastanówcie się – czy przeciętny nastolatek wie, skąd wytrzasnąć saletrę potasową, w jaki sposób cukier wsypany do oleju napędowego wpłynie na silnik samolotu, jak skonstruować bombę? Nie? A bohaterowie „Jutro” to wszystko potrafią! Nieprawdopodobne (zwłaszcza, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że żaden z nich nie był prymusem w szkole).

Wydanie sprawiedliwej oceny na temat całego cyklu jest dla mnie sprawą dość problematyczną, bo mam różne odczucia dotyczące poszczególnych jego części. Dwa pierwsze tomy („Jutro, kiedy zaczęła się wojna” oraz „Jutro 2. W pułapce nocy”) są świetne, być może dlatego, że dotykają nowego tematu, z którym rzadko (przynajmniej ja) spotykam się w literaturze. Najsłabsza jest moim zdaniem część szósta („Jutro 6. Cienie”) – absurd goni tam absurd. Pozostałe tomy wsadziłabym na półkę gdzieś pomiędzy książki z etykietką „nawet, nawet” a „całkiem fajne”.

 

Moja ocena: 5/10