Tytuł: „Hobbit: niezwykła podróż”

Reżyseria: Peter Jackson

Gatunek: przygodowy/fantasy

Występują: Ian McKenell (Gandalf), Martin Freeman (Bilbo), Richard Armitage (Thorin) i wieeelu innych
Czas trwania: 2h 49 min.

Od samego początku nie oczekiwałam po tym filmie zbyt wiele, nastawiłam się na nudne 3 godziny w kinie. „Władca pierścieni” był kręcony, jak jeszcze chodziłam do przedszkola, kiedy więc po raz pierwszy zobaczyłam „Drużynę Pierścienia”, film ten wydał mi się baaaardzo nudny. Potem obejrzałam całą trylogię jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem zmieniając zdanie na temat produkcji, pierwsze wrażenie chyba jednak pozostało i chyba nigdy nie zaliczę „Władcy pierścienia” w poczet moich ulubionych filmów.

Podejrzewałam, że „Hobbit: niezwykła podróż” niezbyt przypadnie mi do gustu, jednak pomyliłam się. Jak to mówią – nie oceniaj po pozorach (czy jakoś podobnie).

Czytałam „Hobbita”, bardzo mi się podobał, książka nie ma nawet 300 stron, więc przed seansem zachodziłam w głowę, jak reżyser chce zrobić na jej podstawie aż 3 części filmu. Teraz już wiem, że to wykonalne. Moim zdaniem Jackson za bardzo przeciągnął wstęp, minęło chyba z pół godziny (jeśli nie więcej), zanim na ekranie zaczęło się coś dziać. Oprócz tego, że pierwsze sceny filmu są zbyt długie, sprawiają wrażenie także najnudniejszych i najbardziej infantylnych (szczególnie dialogi pomiędzy bohaterami). Rozumiem, że „Hobbit” jest przeznaczony dla nieco młodszej grupy odbiorców niż „Władca pierścieni”, Jackson chciał zrobić film przygodowy dla całej rodziny, ale… No cóż, nastoletniego widza mogą irytować nieco naiwne wypowiedzi niektórych bohaterów.

Oprócz tego, że nie podobał mi się infantylny język bohaterów, mam scenarzyście do zarzucenia jeszcze jedną rzecz. Może i facet chciał wprowadzić trochę humoru do dialogów, ale wyszło mu raczej mizernie. Słysząc niektóre teksty, uśmiechałam się pod nosem, może nawet zdarzyło mi się parsknąć, przeważały jednak wypowiedzi słabe, w których ja nie widziałam niczego śmiesznego. Nie chcę zupełnie pogrążać autora dialogów – była jednak naprawdę fajna wymiana zdań pomiędzy bohaterami. Przychodzi mi na myśl scena, w której wkurzony Gandalf nagle odłącza się od reszty grupy i ktoś pyta go: „Dokąd idziesz?”. Czarodziej na to: „Poszukać towarzystwa jedynej osoby, która ma choć trochę rozumu w głowie”. Hobbit, nie bardzo rozumiejąc, drąży: „Czyli kogo?”. Wściekły Gandalf odpowiada mu: „Samego siebie!”. To się nazywa cięta riposta.

Aby wydłużyć czas trwania filmu, Jackson dorzucił kilka wątków, których nie znajdziemy w książce. Niektórzy mogą mieć o to do reżysera pretensje, ja jednak nie zaliczam się do tej grupy osób. To, że produkcja filmowa nie oddaje dokładnie tego, co w powieści Tolkiena, jest pewnym urozmaiceniem dla tych, którzy czytali „Hobbita”. Chociaż wiedzą oni, jak zakończy się ta historia, niekoniecznie będą się nudzić w kinie, jeśli Jackson dodał dodatkowe postaci, wątki… Stanowi to powien element zaskoczenia.

Mocną stronę filmu stanowi niewątpliwie sceneria. Piękne nowozelandzkie krajobrazy, szczególnie góry, naprawdę zapierają dech w piersiach. Tym, którym podobały się widoki przedstawione we „Władcy Pierścieni”, na pewno przypadną do gustu również te z „Hobbita” – technika przez 10 lat poszła do przodu i piękno nowozelandzkiej przyrody możemy oglądać na świetnej jakości obrazie (super kolory). Mnie najbardziej zachwyciła dolina Rivendell, gdzie mieszkają elfy – te wodospady, budowle jak z bajki… Ogólnie – wielką zaletą tego filmu jest strona audiowizualna (oprócz scenerii należy zwrócić uwagę też na wspaniałą muzykę).

Co do efektów specjalnych mam zastrzeżenia. Bo moim zdaniem w tych „efektach specjalnych” tak naprawdę nie było nic specjalnego. Owszem, pokazano realistyczne sceny walki, zrobione komputerowo postacie (jak Gollum, gobliny czy orkowie) również wyglądały jak „prawdziwe”, a mimo to… Mam wrażenie, że zabrakło jakichś bardziej spektakularnych efektów. Byłam w kinie na wersji 3D i sądzę, że gdybym obejrzała „Hobbita” w wersji 2D, to wrażenia miałabym dokładnie takie same. Zabrakło tutaj „wylatujących” z ekranu strzał, płonących kul, tego typu rzeczy.

Ogólnie rzecz biorąc – film fajny, chociaż mógłby być krótszy. Myślę, że gdyby skrócono niektóre sceny, wszystko byłoby bardziej dynamiczne i widz nie miałby czasu, żeby się nudzić. Ale, jak wiadomo, im dłuższy film, tym więcej kasy się na nim zarobi. Jackson deklaruje, że nie nakręcił „Hobbita” po to, by zarobić górę pieniędzy, ale czy ktoś mu wierzy?

 

Moja ocena: 6/10